Społeczeństwo

#Kozłowska #Burzyk || Przeciw polityce chrześcijańskiej.

12053388_10205504765918721_140810296_n

Zasad Ewangelii nie sposób zadekretować. Postawy miłosierdzia, troski oraz ubóstwa żyją dzięki sile dobrowolnego świadectwa; posiadają moc „zarażania” innych, ale nie roszczą sobie pretensji do powszechnej obowiązywalności. Postawy te przynależą do przestrzeni wolności, a nie prawa – piszą Mateusz Burzyk i Dominika Kozłowska z miesięcznika „Znak”.

Wśród chrześcijan problemy polityczne pojawiły się wskutek odsuwającego się w czasie ponownego przyjścia Chrystusa. Tak długo, jak panowało przekonanie o rychłym końcu czasów, członkowie pierwszych wspólnot byli wobec instytucji politycznych zupełnie obojętni, a podziały polityczne nie miały znaczenia. Jak pisał św. Paweł: „Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety”. Chrześcijaństwo realizowało się po prostu we wzajemnym noszeniu brzemion, bo porządek świecki i jego wytwory przestały obowiązywać.

Niemniej, wraz z wygaszaniem pierwotnych, eschatologicznych intuicji, następowała instytucjonalizacja przejawów wiary, a wraz z nią wyłonił się problem stosunku chrześcijan do instytucji świeckich, władzy i polityki. Jak ironicznie mówił ekskomunikowany w 1908 r. Alfred Loisy – zamiast obiecanego Królestwa, pojawił się Kościół, duch Ewangelii zaczął coraz bardziej ustępować miejsca duchowi politycznemu.

Istnieją dwa – zupełnie przeciwstawne – ewangeliczne tropy, w których chrześcijanie upatrują w tym kontekście podpowiedzi.

Jeden mówi o separacji religii i polityki – „Oddajcie więc cezarowi to, co należy do cezara, a Bogu, co należy do Boga” (Mt 22,21). Drugi wskazuje na powiązanie tych sfer: „Nie ma bowiem władzy, która by nie pochodziła od Boga, a te, które są, zostały ustanowione przez Boga. Kto więc przeciwstawia się władzy – przeciwstawia się porządkowi Bożemu” (Rz 13, 1b–2a).

Podczas, gdy pierwsza postawa bagatelizuje ziemską władzę, odpowiadając intuicjom eschatologiczno-mesjańskim, to druga pozwala wskazać na Kościół jako doczesnego reprezentanta władzy Boskiej.

Niestety, zestawienie religii i polityki rzadko kiedy funkcjonuje w oparciu o taką formę wzajemnego szacunku i uznania, która pociągałaby za sobą zasadę nieingerencji (potwierdza to historia, a również obecna sytuacja w Polsce). Raczej każdy z członów tego zestawienia walczy o podporządkowanie sobie drugiego: albo instrumentalnie wykorzystuje się religię w celach politycznych, albo polityka staje się sferą, poprzez którą usiłuje się dyscyplinować wiernych. Powstaje upolityczniona religia albo religijna polityka. W obydwu przypadkach jest to droga na skróty, która zamiast szukać rozwiązań o jak najszerszej korzyści społecznej. Rozgrywa religijne partykularyzmy jednej grupy przeciwko drugiej albo zamiast uwrażliwiać i formować sumienia wiernych, działa na rzecz ich prawnej i instytucjonalnej zależności.

W tym kontekście nieocenione są słowa Tadeusza Mazowieckiego, który na zachętę Helmuta Kohla do budowania w Polsce chadecji na wzór niemieckiej CDU, odpowiedział: „Jestem chrześcijaninem i demokratą, ale nie jestem chrześcijańskim demokratą”. Dodawał przy tym, że nie ma katolickiej polityki, ale jest chrześcijańska odpowiedzialność w polityce i poza nią.

Czym różni się chrześcijańska odpowiedzialność od chrześcijańskiej polityki? Przede wszystkim tym, że upatruje wartości nie w przymusie, ale w dobrowolności. Zasad Ewangelii nie sposób zadekretować. Postawy miłosierdzia, troski oraz ubóstwa żyją dzięki sile dobrowolnego świadectwa; posiadają moc „zarażania” innych, ale nie roszczą sobie pretensji do powszechnej obowiązywalności. Postawy te przynależą do przestrzeni wolności, a nie prawa.

Posoborowi papieże wyraźnie podkreślają, że kwestie społeczne i Ewangelia są nierozłączne. Oznacza to, że chrześcijańska wizja życia nie wyczerpuje się w powszechnie rozpoznawanych normach rozumu – nie da się jej zamknąć w ramach humanistycznej etyki, mimo że ważna część chrześcijańskiej normatywności (np. ta, która znajduje swój wyraz w prawach człowieka) zakorzeniona jest w uniwersalnym idiomie rozumu. Jednak ta właśnie część stanowi wspólny dorobek chrześcijan i tych wszystkich tradycji, które swoje zasady wywodzą z innych źródeł. O odrębności chrześcijańskiej tożsamości decyduje natomiast ów „naddatek”, który nie jest prostą konsekwencją powszechnie rozpoznanych i uznanych zasad rozumu. Dlatego wyróżniające chrześcijan zasady działania nie zawsze powinny być przedstawiane jako konieczne roszczenia obejmujące wszystkich ludzi i określające oczywiste przesłanki w procesie stanowienia prawa. Mogą natomiast być widziane, jako wkład, który chrześcijanie pragną wnieść do wspólnego dziedzictwa, by z czasem stał się on jego integralną częścią.

Jeśli hermeneutyczna praca związana z rozpoznawaniem źródeł i klasyfikacją rodzaju norm jest ciągłym procesem budującym podłoże naszej kultury, wówczas chrześcijanie, podobnie jak wszyscy inni uczestnicy kultury, stają każdorazowo wobec dylematu: przedstawiać swoje stanowisko i wynikające z niego roszczenia prawne w kategoriach uniwersalnego prawa rozumu, czy też jako rozumne zasady budowane na gruncie określonej, tożsamości np. chrześcijańskiej?

Chodzi tu o konkretne rozstrzygnięcia: czy zakaz rozwodów wynika z uniwersalnych zasad rozumu i w związku z tym może być przedstawiany jako powszechne roszczenie, czy też jest on raczej wewnętrzną normą religijną, obowiązującą m.in. chrześcijan i niesprzeciwiającą się rozumowi, ale niezawierającą w sobie roszczenia do powszechności? Co z małżeństwami homoseksualnymi, procedurą zapłodnienia pozaustrojowego, nakazem rytualnego uboju lub powstrzymywaniem się od jedzenia mięsa? – by odwołać się także do zasad formułowanych na gruncie innych tradycji religijnych. Nie sugerujemy, że wypracowane na gruncie tradycji religijnych lub świeckich normy nie mogą być w żaden sposób przekuwane w obowiązujące wszystkich obywateli prawo stanowione. Mogą być włączone w system prawny, jeśli panuje wokół nich konsens kulturowy.

W związku z tym, chrześcijanie powinni mieć świadomość, że polityka jest tylko jedną z dróg budowania społecznego pokoju i bardziej sprawiedliwego społeczeństwa. Zbyt często chrześcijańskie racje przedstawiane są wyłącznie w kategoriach prawa naturalnego, traktowanego jako uniwersalne, powszechne prawo rozumu. Trzeba bowiem pamiętać o konsekwencjach takiego działania: gdy przegrywamy debatę toczoną w imię racji rozumu powszechnego, osłabieniu ulega również – zgodnie z sugestią Joseph H.H. Weiler – wewnętrzny autorytet obowiązujący dotąd w ramach wspólnoty wiary. Tymczasem, paradoksalnie, siła danej wizji w publicznej debacie, mogłaby być bardziej przekonująca, gdyby przedstawiać ją jako element chrześcijańskiej wrażliwości, który może pogłębić powszechny sposób rozumienia danego zjawiska i wzbogacić wspólne dziedzictwo o nowe wątki.

Dlatego chrześcijańska odpowiedzialność to nie tylko droga do uniknięcia pułapek, jakie niosą zarówno upolityczniona religia, jak i religijna polityka. To również możliwość zrównoważenia i ożywienia dominującego dziś instytucjonalnego wizerunku religii chrześcijańskiej o burzliwą, bo przełamującą zastane struktury i tożsamości, energię płynącą nie z zapisów prawnych, ale z obietnicy Ewangelii.

Dominika Kozłowska – redaktor naczelna miesięcznika „Znak”, dr nauk humanistycznych w zakresie filozofii

Mateusz Burzyk – sekretarz redakcji miesięcznika „Znak”, doktorant w Katedrze Filozofii Polityki UJ

Artykuł powstał w ramach projektu „Dziedziniec Dialogu” realizowanego wspólnie przez Archidiecezję Warszawską oraz Centrum Myśli Jana Pawła II, instytucję kultury m.st. Warszawy.

Rzecznik prasowy Centrum Myśli Jana Pawła II

Zobacz Też

12348373_10205746240035423_1947850605_n #DzieńWolontariusza || 5 grudnia gorzkie_zale #Klijnstra || Gorzkie Żale 12081621_10205473508737311_1267049929_n #Rowiński || Człowiek przestał być podmiotem, a stał się materią, którą można kształtować jak glinę.

Komentarze

  • Sztuczny Murzyn

    Przeszkadza mi tutaj dychotomia miedzy chrzescijanska polityka a chrzescijanska odpowiedzialnoscia. Czy nie powinno byc tak, ze odpowiedzialnosc powinna prowadzic do polityki (walka o dobro wspolne), a polityka do wzmacniania odpowiedzialnosci?

  • Alfred Gentz

    Czy ktoś z administratorów odpowie na komentarz Sztucznego Murzyna?

  • Mateusz Burzyk

    Lepiej mówić o rozróżnieniu niż dychotomii, bo tym, co
    próbowaliśmy pokazać w tekście był fakt, że sfera religii i polityki, choć się przenikają, posiadają też pewną niezależnością. W pytaniu o powiązanie między odpowiedzialnością i polityką (konieczne przejście z jednego poziomu na drugi) wkrada się zamęt pojęciowy. Właśnie dlatego, że chodzi o dobro wspólne, potrzeba bardziej chrześcijańskiej odpowiedzialności niż chrześcijańskiej polityki. Ta druga bowiem byłaby ukierunkowana na dobro partykularnej grupy a nie na dobro wspólne.

    • Sztuczny Murzyn

      Ale spróbujmy inaczej trochę. Taka hipoteza: dobro partykularnej grupy (chrześcijan) = dobro wspólne. Hipoteza konkurencyjna jest antychrześcijańska. Chrześcijaństwo nieustannie uniwersalizuje naszą definicję tego, co wspólne i tego, co dobre. Widać to dobrze w debacie o in-vitro i aborcji.