Społeczeństwo

#Król || Kwestia Invocatio Dei

12071499_10205486485661726_1773760192_n

Obecność odwołania do Boga, czyli Invocatio Dei w konstytucji, a w szczególności w konstytucji polskiej to problem, jaki zwykle uważa się za skomplikowany, a przecież tak nie jest. Mowa o każdej konstytucji odmiennej od tej, jaka obowiązuje obecnie, bo słowa zawarte w preambule do niej mają swoją historię, którą wielokrotnie opisywano. Chodzi nam zatem o zasadę, a nie o historię. W dziejach przecież (Polski i innych krajów) jak zwykle bywało bardzo różnie. Dopóki powszechnie sądzono, że monarcha jest wybrańcem Bożym, dopóty odwołanie do Boga było oczywiste, naturalne i głęboko sensowne.

Najpierw monarchia konstytucyjna, a naprawdę demokracja jako ustrój, doprowadziła do zmiany w tym zakresie. I jest kwestią historyków, a nie filozofów, jak ta zmiana przebiegała w rozmaitych krajach chrześcijańskich czy tych, które przez setki lat były pod wpływem chrześcijaństwa. Różnorodność nieprawdopodobna. Ponieważ różne kraje w różnych momentach uchwalały obowiązującą w nich konstytucję, więc do dzisiaj jest to często hołd oddawany tradycji. I znowu, dopóki nie budzi to sprzeciwów lub jest traktowane właśnie jako wyraz szacunku dla tradycji, wszystko jest w porządku. Jeżeli jednak demokratyczny kraj chciałby uchwalić konstytucję na nowo, nową konstytucję, to podstawowym przesłaniem jest fakt, że kraj ten, dane społeczeństwo czy naród, (chociaż w kontekście prawnym i faktycznym jest to niejasne pojęcie), jest krajem o ustroju demokratycznym, pragnącym realizować demokratyczny ideał władzy ludu. Jest to niezwykle odważna formuła władzy nas wszystkich nad nami wszystkimi. Formuła cudowna, ale – jak wiemy – bardzo trudna do zrealizowania, chociaż wciąż chcemy uczynić ją żywą. W takiej sytuacji punktem wyjścia jest demokratyczny ustrój zgodny z demokratycznym ideałem, a nie cokolwiek innego, nie rozsądne nawet argumenty, ale pochodzące z innego porządku.

Rozważmy zatem rozumowanie pryncypialne, którego wniosek brzmi następująco: w prawdziwie demokratycznym kraju nie powinno być w konstytucji odwołania do Boga. Argumentem tu jest demokracja, a nie tradycja, obyczaj, precedensy, kultura i tak dalej. To wszystko ma znaczenie, ale drugorzędne, a – pamiętajmy – konstytucja to dokument pryncypialny. A zatem w demokracji nie powinno być Invocatio Dei w konstytucji, bo jest to sprzeczne z dwoma podstawowymi cechami demokracji, które obecnie przedstawimy.

Po pierwsze, Invocatio Dei wprowadzane obecnie do konstytucji mogłoby mieć tylko taki sens, jaki przyświecał idei pomazańca Bożego. Innymi słowy, musielibyśmy uznać, że Opatrzność ingeruje bezpośrednio w działania każdego z nas i wszystkich nas, a zatem, że demokracja jest zarazem radykalną teokracją. Obecność Boska ma ściśle polityczny sens, gdyż to Bóg decyduje o naszych działaniach (myślach i marzeniach). Naszych, czyli każdego z nas z osobna, a z tego składa się całość.

Taki pogląd nie jest nonsensowny, jednak wyklucza demokrację. Głosujemy bowiem wówczas z polecenia Boskiego, prawo układamy podobnie, zaś Jego obecność i wpływ powoduje konkretne działania i decyzje. Zatem politycy na identycznej zasadzie, jak my wszyscy, są tylko wykonawcami woli Opatrzności. Być może tak jest, chociaż stan świata zachodniego nie skłaniałby mnie do takiej opinii, ale wtedy nie warto mówić o demokracji. Być może warto, żeby tak było, ale niektóre poglądy ściśle religijne (dogmatyczne) – nie pora na szczegółowe wyjaśnienia – wskazują, że jest to pogląd sprzeczny z nauczaniem Kościoła, z jego dogmatami (idea wolnej woli, świat doczesny jako padół łez czy idea zbawienia). A zatem nawet najbardziej pryncypialni katolicy (czy chrześcijanie) nie mogą w zgodzie ze swoją religią, głosić, że konstytucja powinna być elementem naczelnym teokratycznej demokracji.

Po drugie natomiast, jeżeli przyświeca nam ideał demokracji, to życie publiczne powinno zawsze prowadzić do rozmaitych form uzgodnienia, tak byśmy wszyscy mogli razem kształtować naszą rzeczywistość publiczną. Dlatego obawiamy się tyranii większości, dlatego chcemy by wszyscy, a nie tylko połowa obywateli, uczestniczyła w wyborach i dlatego zawieramy kompromisy w wielu konkretnych sprawach. Kompromis nie jest brzydkim słowem, to tylko uznanie cudzych racji do pewnego stopnia, o ile uznane zostaną nasze – do pewnego stopnia. Kompromisowi w demokracji podlega mnóstwo spraw. Budując demokrację, zgodną z jej ideałem sami przecież uznaliśmy, że czyniąc to wspólnie nie będziemy odrzucać cudzych poglądów, o ile są demokratyczne. Możemy perswadować, lecz jeżeli się nie uda, jeżeli (jak sądził radykalnie Jan Jakub Rousseau) stanowisko chociażby jednego obywatela demokracji zostało wykluczone, odrzucone, nie uwzględnione – nie jest to prawdziwa demokracja. My nie jesteśmy aż tak radykalni, między innymi dlatego, że wiemy, iż wielu obywateli rozmaite sprawy po prostu nie interesują, co dla demokracji jest niewątpliwym złem.

Kompromisy można zawierać w sytuacjach, jakie wydają się pryncypialnie beznadziejne (kompromis aborcyjny), ale w pewnych sprawach nie można. Otóż nie można zawrzeć kompromisu co do tego, czy Bóg jest rzeczywistym panem wszechświata. Albo jest, albo nie jest. Jeżeli jest, to jak była mowa, demokracja nie ma sensu. Jeżeli nie jest, to po co w konstytucji Invocatio Dei? Dlatego w imię dobra demokracji ani nie próbujmy znaleźć kompromisu w tej kwestii, ani w imię dobra religii nie używajmy imienia Bożego nadaremno. I tak wygląda argument pryncypialny, który nie podlega ani rozmyciu, ani podważeniu z racji kulturowych i wszelakich innych.

Natomiast, nie wszyscy obywatele naszego państwa i każdego innego państwa, które chce być demokratyczne, uznają wartości chrześcijańskie. Wiemy to doskonale. Jednak nierozsądni są ci, którzy nie uznają faktów, czyli chrześcijańskich korzeni i chrześcijańskiej tradycji naszego społeczeństwa. Fakt nie jest stwierdzeniem wartościującym. Nie twierdzę, że to dobrze lub źle, że w Polsce tradycja chrześcijańska odgrywa dużą rolę. Twierdzę, że odgrywa.

W takim stanie rzeczy powinna to w warstwie opisowej, a nie normatywnej, uwzględniać każda konstytucja stara lub nowa. Ale tylko tyle i aż tyle. Przeciwko temu protestować mogą oszalali fundamentaliści religijni lub ateistyczni głupcy. Mam nadzieję, że w naszym kraju ludzi głoszących jedne lub drugie poglądy po prostu nie ma.

Prof. Marcin Król jest filozofem i historykiem idei. Kieruje Katedrą Historii Idei w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Za możliwość użycia zdjęcia prof. Marcina Króla dziękuję autorowi zdjęcia Panu Jędrzejowi Sokołowskiemu. Za pomoc dziękuję także Zespołowi Res Publici Nowej.

Rzecznik prasowy Centrum Myśli Jana Pawła II

Zobacz Też

twardowski_blog #Gajewski || „Czas niedokończony. Wiersze księdza Jana Twardowskiego”. 12067215_10205476163323674_281355578_n #Szczepkowska || „Przekraczanie” w sztuce stało się nurtem obowiązującym, a zatem straciło siłę rewolucji. 12231157_10205631031555283_644647926_n #Stypendyści || Powiedz „Tak” Polsce

Komentarze