Społeczeństwo

#Rowiński || Albo liberalizm pogodzi się z chrześcijaństwem, albo go nie będzie.

12081621_10205473508737311_1267049929_n

Czarne sny o chrześcijańskiej teokracji wskazują na pogłębiającą się anachroniczność cywilizacji liberalnej. Jej odporność na rozpoznanie konkretnych religii wywołuje zatem u liberałów dysonans przy konfrontacji choćby z islamem, wobec którego próbuje się stosować przeciwciała – narzędzia dekompozycji – używane od dawna wobec „religii”. Te jednak nie działają już ani wobec chrześcijan – zaadaptowanych praktycznych liberałów lub coraz bardziej zdystansowanych kulturowo „tożsamościowców” – ani wobec muzułmanów, którzy nie są częścią „religii” – pisze Tomasz Rowiński

Debaty na temat religii i państwa przeważnie sprowadzają się do rozważania tego, w jaki sposób religia ma dopasować się do reguł liberalnego państwa, jak ma funkcjonować w „pluralistycznym świecie”, przy mniej lub bardziej milczącym założeniu, że podstawa tego pluralizmu jest w swojej racjonalności ateistyczna, biurokratyczna i pragmatyczna. Ten wybór ideowy i filozoficzny określa się mianem neutralności, które to określenie nie jest niczym więcej jak luksusem dominującej władzy i racjonalności do obierania roli arbitra wobec dyskursów wykluczanych przedstawianych, jako lokalne (w różnym sensie) czy irracjonalne w przeciwieństwie do uniwersalistycznej i rozumnej zasady działania liberalnego lub nowoczesnego.

Dobrym przykładem funkcjonowania ateistycznej podstawy liberalizmu jest fakt, że nigdy we wzmiankowanych dyskusjach publicznych nie rozważa się prawdziwości religii, ani nawet jej godziwości czy niegodziwości. Sama „religia” jest jedynie jakimś ogólnym konglomeratem obyczajów i wierzeń tolerowanych ze względu na jej przydatność społeczną w sytuacji „cywilizacyjnego kryzysu Zachodu”. To pragmatyczne nastawienie określa się mianem postsekularyzmu. W równym stopniu jak „religię” się akceptuje, dąży się do jej dalszej defragmentacji, by rozbite elementy – estetyczne, rytualne, w pewnym zakresie etyczne, czy moralne, mogły posłużyć do podbudowania słabnącej kultury liberalnej. Miarą dla właściwej oceny postawy postsekularnej przynajmniej części współczesnych elit liberalnych, powinno być metodyczne występowanie przeciwko „religii”, również za pomocą środków biurokratycznych, czyli władzy, jakie miało i ma miejsce w obszarze cywilizacji zachodniej w ostatnich dwóch wiekach.

Ogólnikowo pozytywne traktowanie „religii” wynika oczywiście z przekonania o jej zasadniczo anachronicznym charakterze, a równocześnie jest konsekwencją upadku wiary, że zasady społeczne i społeczną spoistość można osiągnąć bez sięgania do tzw. „zasobów przedracjonalnych” społeczeństwa, z którymi utożsamia się „religię”. Mamy tu do czynienia z wpadaniem w logiczną, ale i praktyczną pułapkę, którą liberalizm zastawia sam na siebie – reprezentując uniwersalność, rozumność i władzę na boku poszukuje odpowiedzi na swoje problemy w tym co rzekomo nieracjonalne, nierozumne, ale co także reprezentuje pewien rodzaj władzy – siłą rzeczy – dążącej to stania się dominującym językiem myślenia. To prawdziwa miara kryzysu i niewypowiedziane widmo klęski.

Jak się zdaje, część liberałów zdaje sobie sprawę, że „religia” nie jest wcale tak bardzo lokalna i pozbawiona dość spójnej rozumności a także skłonności do przejmowania władzy – czy nadawania myśleniu adekwatnej do rzeczywistości spójności – w obszarze społecznego oddziaływania. Ta świadomość nie może jednak w logice liberalnej przybrać pozytywnej waloryzacji – „religia” spójna jest zatem z fundamentalizmem, integryzmem, czyli czymś skrajnie nieracjonalnym. Jednocześnie poszatkowanymi elementami „religii” próbuje się przykryć nagi szkielet „kryształowego pałacu”. Niestety rzeczywistość społeczna nie działa w taki sposób – fragmenty „religii” umierają tak szybko (a nawet szybciej), jak liberalizm znajdujący dziś oparcie na silnej strukturze biurokratycznej władzy i kapitału (grantu). Jednocześnie nie da się ożywić tego co się wcześniej zabiło, szczególnie zaś „religii” – w każdym razie nie administracyjnie lub siłowo.

Czym zatem jest „religia”? Używam tego słowa zasłaniając nim nowoczesną liberalną projekcję „religii”. Kiedyś była ona swoistym wyobrażeniem na temat chrześcijaństwa, jednak dziś wobec „kryzysu kultury zachodniej”, głębokiego kryzysu religijności, który nowoczesność i liberalizm wywołały, a także obecności coraz liczniejszych wyznawców islamu w obszarze kultury posteuropejskiej, jest znakiem poważnego dysonansu nie dającego się rozwiązać bez dotarcia do prawdy o „religii” i do prawdziwej religii. „Religia” bowiem jak się zdaje, powstała w „epoce rozumu” w oparciu o zmitologizowane chrześcijańskie rozwiązanie teologiczne i polityczne. W dużej mierze jest to praktyczny obraz będący jeszcze dostępny autorom oświeceniowym z doświadczenia lub ówczesnej historiozofii, nie powiązany jednak faktycznie z „grozą” średniowiecza, którą miał reprezentować.

Tę mitologię zauważa Remi Braque w „Prawie Boga”: „>Boskie prawo królów< nie zostało sformułowane przed XVII wiekiem; >sojusz tronu z ołtarzem< nie sięga wcześniej niż czasów Reformacji. Kategorie pozwalające na subtelniejsze uchwycenie takich faktów jak >cezaropapizm< zakładają, że istnieją już dwa oddzielne elementy, których relacje kształtują historię. […] Idea >rozdzielenia Kościoła od państwa< jest jeszcze mniej adekwatna. Traktuje ona zjawisko Kościoła już istniejące. Gdzie jednak szukać Kościoła w świecie antycznym? A czy lud żydowski lub naród (umma) islamski stanowią Kościół czy społeczność?” Przy wszystkich subtelnościach to do dziś lęki liberałów.

Czarne sny o chrześcijańskiej teokracji wskazują na pogłębiającą się anachroniczność cywilizacji liberalnej. Jej odporność na rozpoznanie konkretnych religii wywołuje zatem u liberałów dysonans przy konfrontacji choćby z islamem, wobec którego próbuje się stosować przeciwciała – narzędzia dekompozycji – używane od dawna wobec „religii”. Te jednak nie działają już ani wobec chrześcijan – zaadaptowanych praktycznych liberałów lub coraz bardziej zdystansowanych kulturowo „tożsamościowców” – ani wobec muzułmanów, którzy nie są częścią „religii”.

Anachronizm liberalizmu wydaje się stawiać Zachód na pozycji bez wyjścia – skoro nie jest już w stanie prowadzić rzeczywistej dyskusji, to znaczy, że staje się samą władzą, a to wieszczy jego koniec. Być może warto zacząć już rozmawiać nie o tym jak religia ma znaleźć miejsce w liberalnym, pluralistycznym święcie, ale jak doprowadzić liberałów do rozpoznania czym jest różnorodność religii i czym różni się ta prawdziwa od fałszywych. Można ironicznie dodać, że istnieje potrzeba, by liberalizm przestał odwracać się od świata i podjął nowe wyzwania duszpasterskie, by zdobył się na swoiste „aggiornamento”.

Chyba, że sami liberałowie czekają już tylko by ktoś ich wreszcie z tego liberalizmu wyzwolił i nadał ich życiu sens. Umma tylko czeka na taką szansę.

Tomasz Rowiński – redaktor prowadzący portalu Christianitas, od 2008 roku redaktor pisma Christianitas, historyk idei, publicysta, autor książek. Mieszka w Piastowie.

Artykuł powstał w ramach projektu „Dziedziniec Dialogu” realizowanego wspólnie przez Archidiecezję Warszawską oraz Centrum Myśli Jana Pawła II, instytucję kultury m.st. Warszawy.

Rzecznik prasowy Centrum Myśli Jana Pawła II

Zobacz Też

dd_bus_1 Dziedziniec Dialogu || Europa w dialogu z Islamem. Czy to jest możliwe? niewiadomski #Niewiadomski || Polska nie jest najważniejsza. 12231157_10205631031555283_644647926_n #Stypendyści || Powiedz „Tak” Polsce

Komentarze